Zastanawiałam się od czego zacząć.. i stwierdziłam, że rozpocznę od tego, cóż czynię najczęściej, czyli od jazdy rowerem :) Pogoda wymarzona: +10°C i słońce w pełni! Jak można nie skorzystać z uroków tak wczesnej wiosny?! Nie można! Zachęcam do wyciągnięcia rowerów z piwnic, strychów, tudzież innych zakamarków oraz ruszenia w świat :) Zwłaszcza, że nie do końca wiadomo, cóż takiego pogoda nam szykuje na najbliższy sezon (ja liczę na lato w maju, ale niektórzy „optymiści” przepowiadają dla odmiany śnieg w tym czasie..).

Jedna z moich ulubionych, bardzo prostych i zarazem niezwykle malowniczych tras wiedzie z Krakowa do Tyńca. Niemalże bez przerwy można jechać ścieżką rowerową, która prowadzi wałami nadwiślańskimi i jest doprawdy urocza. Po drodze z jednej strony podziwiam wspaniały widok na Las Wolski oraz Klasztor oo. Kamedułów (który również warto zwiedzić, ale o tym innym razem), a z drugiej strony obserwuję podkrakowskie miejscowości. Przedwiośnie na tej trasie jest cudowne, zwłaszcza kiedy w końcu mogę odetchnąć trochę bardziej dotlenionym powietrzem, w którym unosi się zapach nadchodzącej wielkimi krokami wiosny :)

Dojeżdżając do Tyńca, mijam tor kajakarstwa górskiego (z rozrzewnieniem wspominając szalone mazurskie wyprawy kajakowe, o których też kiedyś na pewno napiszę!) i kieruję się do celu podróży, czyli Opactwa oo. Benedyktynów w Tyńcu. Poza tym punktem programu Tyniec sam w sobie wielu atrakcji nie posiada, więc zazwyczaj udaję się do wspomnianego Opactwa, w którym jest całkiem sympatyczna kawiarnia z pysznymi ciastami i lodami ;) (polecam!) oraz cudnym widokiem na dolinę Wisły.

Po tej godzinnej rowerowej wyprawie i uzupełnieniu kalorii w kawiarni, wracam przeważnie tą samą drogą (choć raz wylądowałam na autostradzie rowerem, ale nie pytajcie jak to się stało..) do Krakowa, w którym znów wdycham spaliny i podziwiam z kolei wysokie kamienice, a następnie mknę na mój koniec krakowskiego świata.