Fitness w domu? Czemu nie?! To naprawdę rewelacyjne rozwiązanie dla tych, którzy nie mają czasu / kasy / chęci na typową siłkę lub zajęcia fitness!

  • Nie musisz specjalnie przygotowywać się do wyjścia na siłownię czy fitness – jeśli jesteś kobietą, wiesz o czym mówię (odpowiedni strój, super buty, nienaganna, ale koniecznie „sportowa” fryzura.. ;)
  • Trenujesz o dowolnej porze dnia! O ile masz głuchych sąsiadów, możesz to robić również w nocy ;)
  • Nie wydajesz fortuny na multisporty / karnety / wejściówki i nie tracisz czasu na dojazd – jedynym kosztem jest brak kontaktu z innymi usportowionymi ludźmi :(
  • Nikt Cię nie obserwuje, jak zmagasz się z ćwiczeniami, sapiesz i wyglądasz niespecjalnie ;)
  • Możesz śmiało ubrać najwygodniejszy dres domowy i ćwiczyć do utraty tchu! No.. bez przesady, ale jednak trenować w domu możesz tyle, ile potrzebujesz / chcesz / masz krzepy.
  • Wystarczy silna wola, mata i wspomniany dres lub ubiór do ćwiczeń. Oraz czas.

 

Już od około 3 lat właśnie w ten sposób regularnie dbam o spalanie pochłanianej w hurtowych ilościach czekolady :)

A wcześniej? W sumie, to odkąd sięgam pamięcią wstecz, uprawiałam jakiś sport. Wieki temu miałam całkiem sympatyczny „epizod” z treningami karate, który trwał 5 lat :) Niestety musiałam wybierać: zespół taneczny vs treningi karate. Wygrała moja bardziej kobieca pasja i w rezultacie przetańczyłam w zespole 10 lat. Kiedy wyjechałam na studia do Krakowa, z początku uprawiałam tzw. clubbing ;) Nie polecam tego sportu – bardzo boli głowa na drugi dzień. Później zaczęłam biegać, choć pamiętam, że nienawidziłam biegania od zawsze, a tu nagle na studiach zapałałam do joggingu prawdziwą miłością! Trenowałam też na siłowni, chodziłam na bardzo różnorodne zajęcia fitness albo na basen. I tańczyłam wiele ;)

Co robię teraz? Z basenu nie zrezygnowałam, bo w wannie pływać się nie da :D Czasami też nadal biegam. I tańczę, obecnie salsę. Ale przyznam szczerze, że nie zawsze chciało mi się po pracy jechać do klubu fitness, w którym miałam się przebierać i ćwiczyć z innymi (przeważnie nieznajomymi) ludźmi, a po wszystkim prysznic, przebieranka i znów droga do mieszkania.

Wpadłam zatem na jakże genialny pomysł ćwiczeń domowych wraz z YouTubem ;) Pierwsze kroki stawiałam z tzw. Panem w niebieskich gaciach :) który bardzo szybko stał się moim absolutnym idolem! Nie mogę sobie przypomnieć, kto mi go polecił, ale pamiętam, że jeszcze pod koniec studiów wraz z siostrą żwawo „brzuszkowałyśmy” prawie co wieczór! Przyjemnie ćwiczyło mi się wszystkie 8-minutówki, zwłaszcza ABS na brzuch, pupę czy nogi. Muzyczka podczas filmików jest dość relaksacyjna, a komentarze trenera całkiem zachęcające, więc ćwiczy się nieźle! Aczkolwiek Pan w niebieskich gaciach już nie jest sobą w 8-minutowych nogach, tylko jest pasiastym stworkiem, zobaczcie sami:

Powyższe 8-minutówki były w miarę lajtowe, ale bardzo dobrze wpływały na moje mięśnie brzucha, przede wszystkim, gdy ćwiczenia wykonywałam codziennie. Jestem bardzo ciekawa, czy przypadłyby Wam do gustu takie treningi? W moim przypadku po jakimś czasie (wydaje mi się, że były to całe wieki, bo Pan w niebieskich gatkach jest very cute i naprawdę można się do niego przywiązać!) stwierdziłam, że nie mogę już patrzeć na te gacie ;) a ćwiczenia stały się dla mnie trochę nudne i zbyt łatwe.